Styczeń był jak z bajki, następne miesiące mają być równie udane. Po Australian Open zawodniczka Warszawianki ruszy na podbój Ameryki. - Odżyłam i wydoroślałam. tenis znów sprawia mi radość! - zapewnia.
PRZEGLĄD SPORTOWY: - Siedem spotkań, w tym sześć zwycięskich. Wygrane ze znakomitymi, utytułowanymi przeciwniczkami, jak Szwedka Sofia Arvidsson czy Chinka Na Li. Wierzyła pani, że turniej w Melbourne ułoży się tak wspaniale?
MARTA DOMACHOWSKA: - Wierzyłam. Trochę bałam się tylko przed pierwszym meczem eliminacji, bo nie do końca wiedziałam, czego się po sobie spodziewać. To był mój pierwszy pojedynek w sezonie. Gdyby nie wyszedł, musiałabym się pakować, a do Europy, na drugi koniec świata, wracałabym strasznie rozczarowana. Na szczęście wszystko potoczyło się idealnie i dotarłam aż do czwartej rundy. Teraz nawet trochę żałuję, że tylko tam. Miałam szansę pokonać Venus Williams. W sumie najbardziej cieszę się jednak nie z konkretnego wyniku, a z powrotu do pierwszej setki. Do starego, znanego mi świata, do dawnych koleżanek, do wielkich turniejów.
- Otrzymała pani drugie tenisowe życie.
- Zgadza się. I mam nadzieję, że wykorzystam je lepiej niż poprzednie.
- W ostatnim kwartale 2007 roku spadła pani na 180. miejsce w rankingu WTA. Nisko, bardzo nisko.
- No cóż, w pewnym momencie było mi strasznie ciężko. Myślałam o zakończeniu kariery i rozpoczęciu studiów. Na szczęście kryzys minął, znów w siebie uwierzyłam. Potrzebowałam trochę spokoju, więc zniknęłam z mediów. I chyba także dzięki temu odżyłam, wydoroślałam.
- Długi pobyt w akademii Juana Carlosa Ferrero pomógł czy raczej zaszkodził?
- Trudno oceniać. Wróciłam do kraju, bo zatęskniłam za domem.
- Hiszpania nie była azylem, ucieczką od problemów?
- Nie. W Villenie spędziłam wprawdzie aż dziewięć miesięcy, ale nie pojechałam tam wcale na urlop. Normalnie pracowałam, trenowałam, jeździłam na turnieje. W końcu coś jednak pękło i postanowiłam wrócić. Byłam sama, nikt mnie nie odwiedzał. Nawet mama! Po powrocie sportowo nie straciłam, bo współpraca z Pawłem Ostrowskim i Mariuszem Dermontem układa się fantastycznie. Wróciłam do starego, sprawdzonego stylu, opartego na ataku. Wszystkie zajęcia, także przygotowanie fizyczne, są temu podporządkowane.
-Gdy odnosiła pani sukcesy, dookoła byli ludzie, którzy poklepywali i chwalili. Gdy zaczęła pani przegrywać, zrobiło się pusto.
- Trudno. Najważniejsze, że pozostali przy mnie najbliżsi. To rodzinie zawdzięczam ostatni spektakularny powrót.
Rozmawiał: Bartosz Gębicz |